Nie było mroźnej zimy, wiosna przyszła nieoczekiwanie po wydłużonej jesieni. Trwa przedwiośnie. Dla mnie to męcząca pora roku. Zbyt dużo światła, za mocno pachnące, alergizujące powietrze, i ptaki śpiewają od świtu, nie dając spać. Nadal chyba bardziej wolę jesień niż wiosnę. A w ogóle, to źle znoszę te dwie przejściowe pory roku. Trudno przyzwyczajam się do zmian. Muszę być nietypowym Bliźniakiem :?
P.S.
Ta piosenka też jest smutna…
Led Zeppelin “Since I’ve Been Loving You” (1970)
Zamieszczony w: Zwierzenia i felietony | Otagowane: Muzyka, Led Zeppelin, Natura, Smutek, wiosna, Przedwiośnie, Zmiany klimatyczne, pory roku, Znaki Zodiaku








Ja staram się, przestawić dla większej ilości światła i nie siedzieć po nocach. To ważne dla lepszego samopoczucia.
Dziękuję za poradę. Wiosna i jesień zawsze będę przykre ze względu na zmiany czasu, które źle toleruję.
Dzisiaj byłem gdzieś tak pomiędzy. Z jednej strony pierwsze tchnienie wiosny przypomniało mi o wspaniałych czasach liceum i winach wówczas spijanych w parkach. Ale z drugiej pojawił się lekki katar i łzawienie. W sumie nic specjalnego ale zgadzam się z Tobą – męczące odrobinę:)
Nie piłam alkoholu w liceum, później zresztą też. Inne czasy :).
Ja mam alergię i bez wiosny, wiosna tylko to pogarsza :(
Myślę, że żadne słowa nie są w stanie poprawić Tobie nastroju:). Po prostu musisz przeczekać ten czas. Czasami sam zaszywam się przed światem i ludźmi w podobnych sytuacjach.
Pozdrawiam dziękując jednocześnie za odwiedziny. Pozwolisz, że się jeszcze porozglądam po wcześniejszych Twych wpisach
na pocieszenie dodam, ze w Paryzu pada…
Co robisz w Paryżu? Wycieczka czy praca?
popijamy wino przy nalesnikach, i takie tam… ale wiosna atakuje.
Popijaj, popijaj, byle nie za dużo… Ja tu mam polskie problemy.
O, normalna klawiatura wreszcie.
Posiedzieliśmy, popopijaliśmy, pospacerowaliśmy ciasnymi uliczkami… i czas wracać do rzeczywistości.
Polskie problemy – Moon – zazwyczaj wynajdujesz sobie sama ;-)
A Ty nie musisz mi opowiadać, co robiłeś ze swoją obecną partnerką we Francji… Nie jestem Twoją byłą dziewczyną :x
Sama nie wynajduję problemów. One na mnie spadają….
Kwestia podejścia – nikt nie zmusza Cię do rozglądania się po WordPressie. Ale – pozostaje trzymać kciuki, niezależnie od natury i polskości problemów…
Jedno mogę rzec – porównałem, paryską wiosnę można nazwać… wiosną. To, co dzieje się w naszej stolicy? Cóż, od rana dostaję gradem po oczach.
Taki life.
W Warszawie grad? Czy to przenośnia?
Nikt mnie nie zmusza do rozglądania się, ale nie mogę przechodzić obojętnie wobec patologii :|
W Warszawie grad, deszcz, śnieg z deszczem, na zmianę. Przed chwilą do kompletu była chwila słońca, niemniej to już przeszłość. I wieje.
I nie, nie jesteś moją byłą dziewczyną. Wiem. Ciekawe, że zapadło Ci to w pamięć – ja zazwyczaj nie wracam do takich spraw ;-)
Odnośnie patologii – cóż, w najświeższym wpisie wykomentowałem się w tym temacie. Przechodzić obojętnie? Pewnie, że nie. Ale tracić za dużo sił życiowych? Niewskazane.
Słowem, przy tykaniu patologii trzeba być przygotowanym na to, że się człowiek pobrudzi.
Tak, pobrudzi się… I to bardzo :x
Wszystko mi zapada w pamięć, człowiek bez pamięci jest po prostu głupi…
Od września żyję z brzemieniem bycia w jakiś sposób podobną do Twojej byłej dziewczyny, i podejrzewam, że to jedyny powód, dla którego ze mną rozmawiasz. Nie ma nic bardziej obraźliwego.
Miałam już tu na blogu faceta, któremu fizycznie trochę przypominałam jego dziewczynę, czy byłą dziewczynę. Już nie rozmawia ze mną. I dobrze. Było to bardzo nie fair wobec mnie.
Widzisz, tamto porównanie, którego się trzymasz: było doraźne – tłumaczyłem bodajże, dlaczego w danym momencie odnoszę się negatywnie do Twojego stanowiska. Jak dla mnie, brzemię możesz z siebie zrzucić – moim zdaniem przywiązałaś zbyt duże znaczenie dla jednej wypowiedzi, co dość prawdopodobne w przypadku ludzi którzy znają się tylko z internetowych wpisów.
Momentami skrajność, momentami konserwatywność, momentami absolutna niezrozumiałość (dla mnie) Twoich poglądów, opinii, powoduje, iż zaglądam na Twojego bloga i czasem coś skomentuję. Może to kwestia z gatunku “przeciwieństwa się przyciągają”, może kwestia potrzeby oderwania się od rutynowej pracy, mniej lub bardziej rzeczowej dyskusji, ale z pewnością nie kwestia sentymentu. Czy resentymentu. Powiedziałbym, że conieco niegroźnie bawi mnie to, że przywiązujesz do mojej byłej więcej uwagi niż ja – ale pewnie odbierzesz to jako próbę wbicia kolejnej szpili. Niepotrzebnie. Z byłych związków wynoszę tylko dobre chwile – i lekcje, doświadczenie, naukę. O cudzych i swoich błędach. Niech przeszłość pozostanie przeszłością, skoro teraźniejszość i tak jest wystarczająco skomplikowana
To rzekłwszy (jest takie słowo?) – westchnę: pamięć jest dobra. Tak długo, jak pozostaje bazą do wyciągania wniosków. I nie kładzie się cieniem, a przykładem, na bieżących działaniach.
A za oknem nadal deszczowo.
Nawet dobrze, że nie masz do mnie sentymentu :D
Poza tym, kobieta ma często niezrozumiałe poglądy :).
Sentyment to ja mam do pewnej chatki w Beskidzie Sądeckim. Do pewnej nieistniejącej już knajpy. I do starych czasów, gdy wszystko wydawało się prostsze…
Nie znam Sądecczyzny. Po knajpach niewiele chodziłam, jako alergik, niepijąca raczej jestem. Bardzo rzadko kiedy “lubię sobie wypić” :)
Mnie w starych czasach wszystko wydawało się trudniejsze, miałam zupełnie inne życie niż Ty…
Hmm… inaczej patrzę na upływ czasu. Onegdaj tez nic nie wydawało mi się proste. Teraz – wydaje się banalne. Kwestia punktu widzenia. Jesteśmy starsi, wszystko inaczej wygląda.
Nie będę się licytował na “mi było gorzej” czy “mi było ciężej” – to rzeczy albo bardzo względne, albo bardzo osobiste. Pozostańmy przy tym, że “po latach” znamy te “dobre” i “proste” rozwiązania, które są zupełnie różne od tego, jak możemy postrzegać to teraz. Albo po prostu – rozwiązania inne…
Też nie odważę się o stwierdzenie, że dobrze znam Sądeczczyznę. Żeby chodzić “po knajpach” nie trzeba “lubić wypić” – czasem można zamówić kawę albo coś podobnego…
…ale kto pamięta stare :u Rzeźbiarzy: w centrum, ten wie :-)
Niektórym przybywa rozumu “po latach”, a innym “po tragediach”, a jeszcze innym po jednym i drugim… A są tacy, którzy nigdy nie mądrzeją :|
Dobra kawa ze śmietanką może być czymś miłym w knajpie, lepiej byłoby jednak, gdyby w takiej knajpie mieli jeszcze ciastka z kremem lub desery…
To juz polecam “Cafe Bajka” – jeśli odjąć wiekową klientelę i PRLowski niemalże wystrój, to W-Ztki maja wspaniałe…
Daleko mam do Warszawy… I ludzie tam podobno dziwne ;)
P.S.
Niezbyt pochlebną opinię ma typowy “Warszawiak” w całej Polsce :(
Moon, a czymże jest typowy “Warszawiak”?
Są warszawiacy z dziada pradziada, co to klną na przyjezdnych z drugiego pokolenia. Są przyjezdni, co to plują na “warszafkę”.
I są ci warszawiacy, którym wszystko jedno kto, gdzie, kiedy i dlaczego.
Jak zapewne łatwo zgadnąć, najbardziej rzucają się oczy ekstrema….
Ja mogę powiedzieć, że typowy Krakowianin zna tylko Kazimierz i swoją dzielnicę, a typowy Wrocławianin generalnie zdaje się nie znać swojej dzielnicy – ale o czym to świadczy, poza narastającym tempem życia? O niczym.
Po wizycie w Paryżu “Warszawiacy” zdają mi się podobni do tamtejszych tubylców – generalnie wiedzą, gdzie mieszkają – i to tyle. Warszawa ma swoje jasne i ciemne strony. Mieszkam tu od zawsze, a i tak nie znam wszystkich ciekawych miejsc – choćby dlatego, że większość zdaje mi się zbyt “oczywista”. Niech starczy, że po ostatniej rozmowie z Francuzką (żona znajomego polaka) – warszawski Wilanów jest fajniejszy niż Wersal – może i mniejszy, ale zdecydowanie bogatszy.
Ergo: podróże uczą, łamane przez: cudze chwalicie, swojego nie znacie, łamane przez: na imprezach rodzinno-towarzyskich spodziewaj się, że ktoś spali Ci pół paczki papierosów…
Bywałam kiedyś w Warszawie, ale to dawne czasy, raz w roku na zakupach w ówczesnych “dobrych sklepach”. Dzisiejsza architektura mogłaby mnie zszokować…
Nie rozumiem trochę nawiązania do imprezy rodzinnej… Czyżby w kawiarni warszawskiej ktoś miałby mi wypić moją kawę? :)
P.S.
Znałam dość dobrze pewne rejony Warszawy. Kiedyś jeździłam nawet na Żolibórz! Podróżowałam często sama. Dziś bym się zgubiła. I to, co kiedyś było tylko w Warszawie, dziś jest w każdym mieście.
Na Żoliborzu pewnie też bym się teraz zgubił.
Odnośnie rodzinności – taki mały osobisty wtręt, niezwiązany z niczym poza bardzo miłym wieczorem w rodzinnej atmosferze na przedmieściach Paryża (który w głównej mierze składa się… z przedmieści)