Płonące drzewo
Z oddali wyglądało to jak księżyc
Zabłąkany między gałęziami przydrożnego drzewa.
Później okazało się huczącym kominem ognia.
Iskry i płonące kawałki nie pozwalały przybliżyć się.
Człowiek z podpaloną gałęzią ostrzegał
I wskazywał drogę objazdu.
Sprawiał wrażenie chytrego strażnika
Tego nagłego misterium.
Przejechaliśmy bezpiecznie,
Obserwując z daleka radosne święto.
Spełniony sen białego próchna.
1986
P.S.
Mój stary wiersz, nie poprawiany od tamtych czasów. Niech taki pozostanie. Jak relikt przedłużonego dzieciństwa.












Najnowsze komentarze